Czyli tłumacząc na język polski krok po kroku. Coś, co dla niektórych może wydać się nawet dziwne. Wszak niejedna osoba może teraz podać przykład zwłaszcza osób, które jak się mówi z dnia na dzień zerwały z nałogiem. Zgoda, nie kwestionuje tego, a nawet więcej gratuluję tej siły! Tyle, że nie do końca zgodzę się z tym, że jednego dnia to było, a drugiego już nie. Tu pojawia się jeszcze jeden ważny czynnik: tzw. opinia publiczna. I w związku z tym moje pytanie, czy taka decyzja nie dojrzewała w tej osobie, a więc czy przykładowo w domu było tak jak zawsze, czy nikt nie wytykał palcem, itp? Dopiero wówczas można mówić o tym jednoznacznie. Moim zdaniem taka decyzja w człowieku dojrzewa i nie jest podejmowana na podstawie chwili, a więc nie ma zerwania z nałogiem tak po prostu. Coś musiało się z nią wiązać.

Ja na szczęście stosunkowo wcześnie zdałem sobie sprawę z tego, że do wszystkiego dochodzi się krok po kroku, a nie na skróty, jak to się często mawia. Bo tak jak to było u mnie, nie możemy liczyć na to, że w momencie gdy coś jest nie tak zwłaszcza w porównaniu z tym co było kiedyś, pójdziemy spać, obudzimy się i będzie już OK. Nowy dzień sam z siebie nie przyniesie nic nowego. I co, gdy nic się nie zmienia? Wtedy najczęściej budzimy się, psioczymy, że jest tak jak jest i liczymy na kolejny sen, a potem kolejny i tak w kółko. Mamy tylko oczekiwania nie dając w zamian nic od siebie. Jak pisałem, ja na szczęście zdałem sobie sprawę z tego stosunkowo szybko. Wiedziałem, że nowy dzień nie przyniesie żadnej odmiany, że nie doświadczę swoistej rewolucji. Cóż, pozostawało jedno: zakasać rękawy i wziąć się do pracy. W tym miejscu odwracanie się za siebie i wspominanie przeszłości nic by mi nie dało. Ćwiczyłbym jedynie swoją pamięć. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że nie jestem w stanie fizycznie zrobić tak, żeby następnego dnia już chodzić. To wymagało ode mnie sporej determinacji i woli do walki. Każdy teraz może zapytać, ale czy w sumie niewiadoma co do momentu osiągnięcia wyznaczonego celu mnie nie blokowała? Nie umiałem jakby ostatecznie określić w jakim momencie, a więc dokładnej daty nie byłem w stanie założyć, natomiast dokładnie wiedziałem, co chciałbym, aby wówczas się zadziało. A więc nie określiłem z góry daty, określiłem sytuację. Do niej dopiero dobrałem datę, teraz mogę jedynie przyznać, że została przeze mnie wybrana dość ostrożnie. Wiedziałem natomiast, że metoda małych kroków przybliża mnie do osiągnięcia celu. I tak, gdy jednego dnia byłem w stanie przykładowo w trakcie ćwiczeń na wyciągu zrobić 10 ruchów lewą nogą, to wiedziałem, że następnego dnia chcę zrobić ich 11. I każdego kolejnego dnia ta poprzeczka wędrowała o jeden stopień wyżej. Pewnie, że jak już tych ruchów po jakimś czasie wykonywałem określoną ilość powtórzeń to zmieniało się ćwiczenie. Ale tam poprzeczka rosła tak samo. Wszystko za sprawą metody małych kroków, gdzie cel jaki przed sobą postawiłem nie był na tyle duży, aby okazał się nierealny – bo chodzenie samodzielne następnego dnia takim by było. Ale pamiętając też podstawowe zasady motywacji – w związku z tym, że ta poprzeczka z dnia na dzień rosła, cel był też dostatecznie motywujący. Nie pozwoliłem na to, abym zaczął się cofać, czy gdzieś sobie odpuścił. Pewnie, że były dni w których mogłem i robiłem więcej niż ten jeden krok dalej. Ale tu też potrzebna z kolei była samodyscyplina. Bo nie sztuką jest z 10 ruchów jednego dnia, drugiego zrobić ich 20, a trzeciego po sześciu być już strasznie zmęczonym. Czasem trzeba wiedzieć kiedy należy odpuścić, by później być w stanie wykonać ten jeden ruch więcej. Podobnie było, gdy podczas kolejnych etapów już nauki mojego samodzielnego chodzenia zostałem zabrany na klatkę schodową aby nauczyć się również chodzić po schodach. Sytuacja wyglądała analogicznie, a więc co początkowo sprawiało mi kłopoty, to o ile pierwszego dnia pokonałem 5 schodów, to następnego dnia wyzwaniem jakie na mnie czekało było pokonanie 6 stopni. To jest metoda małych kroków, tak zwana step by step. To tutaj też zrodziło się przekonanie, że odczuwanie tak zwanych zakwasów oznacza tylko tyle, że dobrze ćwiczyłem. Spokojnie, wcześniej też uważałem, że to nic miłego. Ale wówczas słyszałem to często od rehabilitantki, a później jak się dowiadywałem, jest to charakterystyczne dla sportowców ćwiczących intensywnie, dla których takie odczucia nie są niczym niezwykłym. O skuteczności tej metody w specyficznym momencie piszę dlatego, że postanowiłem ją stosować w życie codziennym. Bo jeżeli coś jest skuteczne to niewykorzystywanie tego byłoby dość dziwne. Dlatego też wierzcie mi, jest to metoda którą stosuje codziennie. Pewnie, że jeżeli chodzi o oszczędzanie czegoś, to nie jesteśmy w stanie zejść do 0 przykładowo w ilościach paliwa spalanych przez samochód. Poszedłem jednak tą drogą, aby sprawdzić co może dać ta metoda. I tak, obserwowałem swoje nawyki za kierownicą w trakcie pokonywania pewnej trasy – zawsze tej samej, tak abym mógł porównać jeden przejazd do drugiego. Do zera nie zszedłem, bo to chyba fizycznie jest niemożliwe. Ale udało mi się w tym zakresie osiągnąć wynik, a potem go utrzymać, który jest niższy niż deklarowany przez producenta tego modelu i podawany następnie we wszelkich katalogach. Fajne uczucie. Bo jak ktoś interesuje się tematem motoryzacji to wie, że przedstawiane tam wyniki osiągane są w warunkach laboratoryjnych i z codzienną drogą mają niewiele wspólnego.


Zdaje sobię sprawę z tego, że każdy czytelnik tych słów może mieć wątpliwości co do skuteczności tej metody. Dokładnie to, co teraz każdy może przeczytać opowiedziałem osobie, która miała problemy z oddychaniem, leżała pod respiratorem a ja zostałem poproszony o to, aby z Nim porozmawiać. Zrobiłem to, mówiąc min. o tym, że to nie jest tak, że następnego dnia obudzi się i to wszystko minie niczym zły sen i żeby całej uwagi nie skupiał na tym, że następnego dnia musi przez cały dzień oddychać samodzielnie. Bo w przypadku, gdy to się nie uda bardzo łatwo popaść w niechęć, zwątpienie, czy też depresję. Prosiłem o to, aby skupił się na metodzie małych kroków. A więc aby zamiast przykładowo półgodziny samodzielnego oddychania bez pomocy respiratora skupił się na tym, aby ten czas wydłużyć z początku do 45 minut, później godziny i tak dalej i dalej. Nie ukrywam, nawet dla mnie zaskoczeniem było, że w tym przypadku po dwóch tygodniach respirator potrzebny był tylko raz dziennie i to na okres krótszy niż wcześniej. Po kolejnym tygodniu urządzenie to zostało odłączone. A więc jak widzicie, każdy może dokonać rzeczy niezwykłych przy pomocy tej metody. Teraz to od każdej osoby czytającej te słowa zależy czy wypróbuje tą metodę, czy to właśnie ona będzie najlepsza, czy może nawet bez próby powie: nie, to nie dla mnie! Tutaj potrzebna jest samodzielność i samodyscyplina każdej z osób z osobna. Ja przecież tak jak bywało to w szkole nie będę sprawdzał, czy praca domowa została odrobiona. Dodam tylko, że w razie pytań służę pomocą. Do dzieła!